FUTBOLMAG

Poniższy wywiad red. Krzysztofa Marczyka z dnia 21 sierpnia 2012 r. ukazał się w magazynie FUTBOLMAG.

Wokół futbolu: Mirosław Skorupski.

Menedżer piłkarski i biznesman. Od ponad 20 lat sprowadza do Polski czarnoskórych piłkarzy, a od półtora roku walczy także o ich prawa. Mowa o Mirosławie Skorupskim, założycielu stowarzyszenia „Daj Szansę”. Spotkaliśmy się w siedzibie stowarzyszenia, przy ulicy Waldorffa. Pan Mirosław robił akurat porządki po wyprowadzce kilku czarnoskórych lokatorów.

Mieszkają tutaj czarnoskórzy?

Tak. Jeżeli są bez klubu, mieszkają, w międzyczasie pomagamy im go znaleźć. Ale są z tym problemy. Oni chcą grać tylko w wyższych ligach, a tam się nie nadają. Tylko że oni muszą uwierzyć, że trenerzy, którzy ich oglądają, mówią prawdę. Jeśli trener pierwszej czy drugiej ligi mówi: „Słuchaj, chłopie, przykro mi, ale ty się nadajesz na trzecią ligę”, to tak rzeczywiście jest. To nie jest tak, że wszyscy szkoleniowcy w Polsce są be i się w ogóle nie znają na czarnoskórych zawodnikach. Bo każdy czarnoskóry to artysta. Tylko ci głupi trenerzy się nie znają i nie doceniają czarnoskórych piłkarzy.

Różne zdarzały się sytuacje. Tak jak ostatnio z Paulistą

Tak, ale przecież nie ma się co czarować. Jeżeli piłkarz jest dobry i wszyscy wiedzą, że jest dobry, nie ważne czarny czy żółty, to każdy klub go weźmie. Przecież to jest czysty interes. Na takim chłopaku się tylko zarobi.

Z Afryki zazwyczaj piłkarzy ściąga się za darmo albo za bezcen.

My ściągamy tylko zawodników młodych, by dać im szansę rozwoju w Polsce. Fakt, im samym nic się nie płaci, ale klubom, skautom, agentom zawsze trzeba coś dać. Co do wartości piłkarzy z zagranicy to podam przykład z ostatnich dni.

Przez miesiąc mieszkał tutaj, na moje nieszczęście, „wielki” menedżer brazylijski, tak na marginesie żyd, nazywał się Marcelo Grinblatt. Przyjechał z sześcioma Brazylijczykami. Zadzwonili do mnie przyjaciele i mówią: „Mirek, pomóż chłopakowi, bo nie zna tutaj terenu, a ma pięciu doskonałych piłkarzy brazylijskich”. Zgodziłem się, ale pod jednym warunkiem – zapłaty. Nie mogę ich tutaj za darmo położyć, bo to jest hotel dla kolorowych, ale bezdomnych. Natomiast jeśli menedżer brazylijski przyjechał, to niech płaci jakieś pieniądze. Powiedzieli, że nie ma problemu. Tego menedżera jeszcze rekomendował Daniel Inzelman z poważnego stowarzyszenia „Pro Memoria” więc wszystko wydawało się w porządku. Przyjechał Brazylijczyk, był w trzech klubach, opinia jednoznaczna – ci fenomenalni Brazylijczycy to góra trzecia liga, a tak najlepiej czwarta [śmiech]. Tutaj też się nasłuchałem, że wszyscy polscy trenerzy to idioci. Bo on się urodził w Brazylii i zna futbol. A ja się pytam: „Marcelo, a ty grałeś kiedyś profesjonalnie?”. „Nie, ale ja się urodziłem w Brazylii, więc ja wszystko na temat piłki wiem”. No i skończyło się tak, jak się musiało skończyć. Myślałem, że mi zapłaci. Tymczasem po sześciu tygodniach mieszkania za darmo pewnego pięknego dnia wziął d… w troki, zabrał tych wszystkich swoich Brazylijczyków i uciekł bez słowa dziękuję. Naciągacz!

Warunki do mieszkania mieli bardzo dobre…

Jak tutaj czasami przychodzi nasz dzielnicowy, to mówi: „Panie Mirku, ja bym tak chciał mieć u siebie w hotelu policyjnym, w którym mieszkam”.

Mieszkają tutaj tylko bezdomni?

Nie tylko, różnie bywa. Są tacy czarni, co mają klub w Warszawie, ale klub nie może zapewnić mieszkania. Jeśli czarny ma legalny pobyt, a tylko nie ma pieniędzy na najem mieszkania, to też tacy są. Problem się zaczyna, gdy oni stają się nielegalnymi. Wtedy nie mogę ich tu trzymać, gdyż to jest ukrywanie nielegalnych, karalne. Na przykład teraz, mieszkało tu trzech Senegalczyków, którzy uciekli z Polski w zeszłym roku. To było z okazji turnieju pod hasłem „Wykopmy rasizm ze stadionów”. Zaprosiliśmy wówczas całą drużynę piłkarską, z klubu „Canalprod” z Dakaru. Senegalczycy przyjechali do Polski, zagrali i po turnieju, wszyscy, uciekli.

Wszyscy?

No, prawie wszyscy. Jeden został. Bramkarz – Samba Pape. A pozostali uciekli. Z tej osiemnastki, która uciekła, mniej więcej w maju wróciło dwóch i powiedzieli, że miałem rację – nie warto było uciekać. To ich wpuściliśmy i tutaj sobie mieszkali…

A ci pozostali uciekli…

Nie wiadomo gdzie. Większość uciekła do Francji. Po prostu uciekli przed powrotem do swojego kraju. Ci, którzy wrócili, prosili o pomoc. Wystąpiliśmy jako stowarzyszenie o usankcjonowanie, zalegalizowanie ich pobytu. Skierowaliśmy wniosek o wizę trzymiesięczną, żeby mogli legalnie tutaj być i żebyśmy mogli przygotować ich do wyjazdu albo znaleźć im jakiś klub. Potem klub by ich legalizował dalej, potrzebne by było zezwolenie na pobyt itd. Złożyliśmy wszystkie papiery i opłaciliśmy zawodników – 340 złotych od łba kosztuje taka karta. Dostali za jakiś czas zawiadomienie, że wszystko jest OK, papiery zostały przyjęte, ale zapraszają ich osiemnastego czy dwudziestego któregoś tam czerwca na interview na ulicę Długą. Doskonale wiedzieli, gdzie to jest, bo tam byli ze mną kilkukrotnie. To jest stąd tak w prostej linii jakieś cztery kilometry. Zresztą oni szybko łapią co i gdzie…

Akurat mieszkali w tym pokoju. Tutaj mieli przywieszone karteczki z datą i godziną, że mają się zgłosić na rozmowę. Ja tutaj nie jestem codziennie. Nie jestem aż tak potrzebny. Oni tu sobie mieszkają, gotują, trenują na pobliskim boisku bemowskiego ośrodka dzięki życzliwości władz, z tym nie ma problemu. Ale zadzwoniła do mnie dziewczyna z tego urzędu i mówi: „Panie Skorupski, ale gdzie ci pana cudzoziemcy są? Dlaczego nie stawili się na interview?”. A ja nic nie wiem… Ale przyszedłem tutaj. Pytam ich: dlaczego żeście nie poszli do urzędu? Oni na to, że to przez mnie. Więc pytam: dlaczego przeze mnie? A oni na to, że nie przyjechałem i ich nie zawiozłem. O, skur… Tak nie będzie. Oni nie poszli, bo ja po nich nie przyjechałem, bo ich nie zawiozłem!

Wielkie paniska…

Tak, oni nie poszli sami, choć to ich życiowa sprawa! Chociaż mieli oczywiście powiedziane. Chociaż mieli oczywiście powiedziane: „macie tu wywieszone, wiecie, gdzie jest Długa, znacie numer pokoju, godzinę i datę”. Nie, nie, oni nie poszli, bo ja ich nie zawiozłem… ! Oni tacy są, mają ciągłe pretensje, o wszystko. Że im za gorąco. „W Afryce pewnie macie chłodniej, tak?”. „Nie, ale tu jest inny klimat. Tu jest takie gorąco-gorąco. U nas jest gorąco, ale idzie wytrzymać. A tutaj nie idzie wytrzymać”. Wiatraczek jest, ale dla nich to za mało. Tylko Cyfra Plus w telewizji, nie ma HBO… Choć trzeba pamiętać, że to wszystko za darmo, kuchnia, gaz, ciepły prysznic, a żeby choć po sobie sprzątali….

Będziemy więc musieli ograniczyć wszystkie działania dla nich i z nimi. To znaczy oni mogą tutaj mieszkać, dopóki są legalnie albo są na etapie załatwiania legalności. Natomiast ci Senegalczycy, którzy tu mieszkali, ale też i inni, nie rozumieją, że w momencie kiedy nie stawiają się na interview, to po dwóch tygodniach dostają decyzję o odmowie wydania tymczasowej karty pobytu w Polsce i… wyjazd! Mówię: „Przykro mi, koledzy, ale w tej sytuacji musicie stąd się wyprowadzić… Bo dopóki byliście w tych wszystkich procedurach, postępowaniach, dopóty wszystko jest fajnie, możecie mieszkać, nie ma krzywdy”. Tutaj przecież policja przychodzi raz w tygodniu i sprawdza. Bowiem, jeżeli składa się dokumenty o pobyt, to służby wojewody i straż graniczna proszą lokalną jednostkę policji o sprawdzenie zameldowania. Ktoś jest zameldowany na przykład tutaj. Policjant przychodzi z taką karteczką i pyta się mnie, czy taki Samba Pape albo Badji Kourou jest tutaj. Ja pokazuję, że to właśnie ten. Policjant sprawdza paszport i może potwierdzić, że taki gość faktycznie tu przebywa.

Ale są sytuacje, kiedy oni sami zawalają sobie sprawę pobytu. Kiedy nie ma szans, że będą grali. Bo jeśli przebywają tu nielegalnie, to żaden klub ich nie weźmie. Ja im mówię: „Przepraszam bardzo, moja rola się na tym kończy. Wy tu nie możecie mieszkać, bo przyjdzie policja i pójdę za was siedzieć”. Bo okaże się, że przechowuję nielegalnych emigrantów itd. Za to jest kryminał. Nie mogę sobie na to pozwolić. To oni na to, że nie mają gdzie iść, więc będą tu mieszkać, a ja się muszę nimi opiekować. I koniec. Nie można było ich wyrzucić. Żadną siłą! Poprosiłem naszego dzielnicowego, żeby przyszedł. Sprawdził dokumenty. Powiedział im, że ten pan, który tutaj jest właścicielem, nie życzy sobie, żeby tu mieszkali. Oni mówią, że może sobie życzyć, może nie życzyć, ale oni nigdzie stąd nie pójdą. Policjant zadzwonił, przyszło wsparcie, trzech innych policjantów, wyjęli pały i powiedzieli: „Albo wychodzisz, albo inaczej porozmawiamy”. I dopiero wtedy, z trudem, z oporami, się spakowali i wyszli.

Później nie było żadnych problemów?

Było mnóstwo problemów. Na przykład widział pan łańcuch. Oni sobie podorabiali kluczyki. Ja im oczywiście kazałem oddać klucze od drzwi wejściowych, ale oni mieli dorobione. Więc w momencie gdy tu nikogo nie było, przyjeżdżali sobie wieczorem i szli spać. Wiedzieli, że ja przecież tutaj nie przyjeżdżam codziennie i nie ma mnie od 7 rano. Mieszkali sobie, palili światło, a to wszystko kosztuje. Założyłem zatem łańcuch i kłódkę, więc już nie weszli. W zamian nieznani sprawcy wybili szyby przy drzwiach wejściowych.

Przez zimę mieszkali trzej czarnoskórzy i dwoje bezdomnych. Gdy zobaczyłem rachunki za prąd, to się przewróciłem… 3200, 3600 złotych miesięcznie!

Tutaj jest ogrzewanie elektryczne?

Tak, niestety tylko elektryczne. Nie ma centralnego ogrzewania gazem ani wodą.

Nie dość, że Pan nic z tej pomocy nie ma, to oni jeszcze marudzą i narzekają.

Nie mam? Ja to wszystko finansuję po prostu. Ale już się kończy ta zabawa, to już nie te czasy. Teraz jest tak trudno zarobić jakieś pieniądze. Trzeba się chyba zająć własną rodziną.

Opinia, która krąży o Afrykańczykach, że to kombinatorzy i niewdzięczny naród, jednak gdzieś ma swoje odzwierciedlenie?

To stuprocentowa prawda. Oczywiście, trzeba brać poprawkę na to, że oni się urodzili tam, gdzie się urodzili. My też mogliśmy się tam urodzić.

Rozumiem, że tutaj nocuje Pan głównie bezdomnych emigrantów. A czarnoskórzy piłkarze, których sprowadza Pan jako menedżer? Z nimi są już chyba nieco inne stosunki?

To zależy. Mieszkał tutaj jeden, który został wyrzucony z Broni Radom. To jest chłopak, którego ja do Polski ściągnąłem. Przez rok grał w Broni Radom w trzeciej lidze. Teraz trener i działacze uznali, że już się nie nadaje. Był konfliktowy. Uczył białych, jak trzeba grać w piłkę. Było tam trzech czarnych: Nigeryjczyk, Kameruńczyk i Senegalczyk. Jeden był OK, o dziwo Nigeryjczyk, Noheem Jaiyesimi. Nigeryjczycy to najgorsza nacja, a ten akurat był najbardziej w porządku z nich wszystkich. A odnośnie do tych dwóch, Senegalczyka i Kameruńczyka, drużyna powiedziała: „Bardzo przepraszamy, ale wybierajcie: albo ci dwaj, albo my rezygnujemy, nie chcemy z nimi grać”.

Pojawił się jakiś konflikt wewnątrz drużyny, trener nie miał nic do tego, tak?

Tak, tak, chodziło o piłkarzy. Trenerem Broni Radom był i jest akurat „mój” zawodnik, Arek Kupiec. To był chłopak, który grał w Legii, a potem w Hutniku, w którym ja wówczas działałem, stąd „mój”. On akceptował czarnych, bardzo dobrze ich szkolił. Inna jest rozmowa z młodym szkoleniowcem, a inna z takim trenerem jak np. Fornalik, który nigdy nie poprowadził czarnego. Natomiast w tej konkretnej sytuacji to drużyna powiedziała: veto. Albo my, albo oni. W takim przypadku wiadomo, za kim będzie zarząd. Zwolniono Kameruńczyka i Senegalczyka. I ten Senegalczyk, Badji właśnie tutaj mieszkał. Mimo, że w Polsce był już dwa lata, to wciąż był tak samo niereformowalny. Jak coś się dało skręcić, to skręcił.

A te słynne afery z obniżaniem wieku?

To stare czasy…

Czyli teraz już tego nie ma, tak?

Powiedzmy sobie, że w takich krajach jak Nigeria, w tych większych miastach, jak: Abudża, Lagos, Port Harcourt, tam, gdzie ustanowiono lokalne samorządy, rządowe placówki, są komputery i już się prowadzi statystykę i rejestrację urodzin, czasem też zgonów. Po 1990 roku tak mniej więcej, a po 1995 roku już na pewno komputery administracji działały, nie tylko liczydła, i w tej sytuacji danym w paszportach można wierzyć. Chyba, że zawodnik pochodzi z jakiegoś małego zadupia. Wtedy rzeczywiście, tak jak było kiedyś, dane do paszportu wpisuje się na podstawie oświadczenia zainteresowanego i dwóch świadków, którzy to potwierdzają.

Mam znajomego, który nie wie, kiedy się urodził. Nie zna dnia, miesiąca, roku. To znaczy rok mniej więcej zna, ale nie wie, czy to był maj, czy to był lipiec.

To prawda. Kiedyś w Nigerii, to akurat znam z autopsji, bo bywałem tam sporo razy, robili dzieciakom maleńkie nacięcia tu czy tam. Zwróćcie uwagę, że niektórzy mają malutkie nacięcia w różnych miejscach, pionowo, poziomo. To jest oznaczenie – kto, skąd i kiedy. Może stąd się wzięło stare powiedzenie, że „ma to wypisane na twarzy…”

Jeździ Pan jeszcze do Afryki, Ameryki Południowej po piłkarzy?

Do Afryki.

W jaki sposób sprowadza Pan tych zawodników?

W Afryce pracuję z trzema klubami. Po jednym w Nigerii, Kamerunie i Senegalu. Tamtejsi trenerzy chodzą i oglądają miejscowych młodych dzieciaków. Potem biorą ich do siebie, do klubu, przede wszystkim badają, czy wszystko jest z nimi w porządku. Jeśli jest ok, to przeprowadza się miesięczny lub dwumiesięczny trening, żeby sprawdzić, czy chłopak w ogóle coś chwyta. Bo u czarnoskórych nie ma problemu z techniką, opanowaniem piłki. Dla nich taktyka to jest czarna magia. Coś takiego w ogóle nie istnieje w ich świadomości.

Z czym mają największe problemy? Z trzymaniem się określonej pozycji, ze zrozumieniem jakichś zasad?

W ogóle nie istnieje pojęcie pozycji. Mają określony system gry 4-4-2 i sobie grają. Wiadomo, że napastnik to napastnik, operuje w okolicach pola karnego, prawy obrońca to jest prawy obrońca, lewy obrońca to jest lewy obrońca. Nie ma czegoś takiego jak wymienność funkcji, pozycji itd. To nie istnieje.

Za trudne?

[śmiech] Fizycznie, kondycyjnie, technicznie są OK… Oni grają na tak fatalnych boiskach, każdy, kto je widział, stwierdzi, że to katastrofa. Wiadomo, że jak ktoś gra całe życie na boisku z dziurami, bo tam praktycznie nie ma trawy, to ma opanowaną technikę. Ale piłkarsko musiałby się tutaj szkolić minimum dwa lata, żeby stać się zawodnikiem. Nie mówię na ekstraklasę. Tylko takim graczem, którego można pokazać ludziom, profesjonalistom. Takim, który wyjdzie na trening i wykona ćwiczenia taktyczne, np. pięciu zawodników ofensywnych: ty podajesz do tego, ty idziesz tutaj, cofasz, ten dośrodkowuje, a ty wchodzisz z lewego. Czarni, jak dochodzi do tego typu treningów taktycznych, są przeważnie z nich wyrzucani. Przecież oni w ogóle nie wiedzą, o co wtedy chodzi, i rozkładają kompletnie trening. Tu nie chodzi o język, porozumiewanie się. Trener mówi: „Kurna, wypieprzać stąd, przecież my nie mamy czasu was uczyć podstaw”. A to są podstawy taktyki gry. Nasi młodzi piłkarze mają takie rzeczy już we krwi. A czarnoskórzy muszą się tego uczyć. Tak, że dwa lata to minimum, żeby można było takiego piłkarza pokazać i się nie wstydzić.

Ale warto zainwestować te dwa lata?

Nie.

Nie ma wyjątków od tej reguły? Zna Pan jakieś żywe dowody na to, że jednak można coś z tej gliny ulepić?

Gdyby to byli rzeczywiście normalni, uczciwi ludzie – wtedy tak. Przez pięć lat wychowywałem takiego dzieciaka, który tu przyjechał, mając 15 lat. Jeden z najbardziej utalentowanych czarnoskórych chłopaków, jakich widziałem, co wielu ludzi potwierdzało. Nazywał się Charles Nwaogu Uchenna. Gdyby nie to, że mnie nie posłuchał i z Floty Świnoujście poszedł na rok, zupełnie bez sensu, do Bundesligi do Energie Cottbus, prawdopodobnie teraz grałby z powodzeniem w ekstraklasie. On przecież przez półtora roku czy dwa lata grał razem z Lewandowskim w Pruszkowie. Obaj strzelali łącznie 40 bramek, z czego „Lewy” jakieś 30, a on 10. To byli dwaj napastnicy, którzy poprowadzili Pruszków od trzeciej ligi do pierwszej. On miał papiery na granie. Tylko w pewnym momencie, gdy uznał, że już jest piłkarzem, stwierdził, że już nikt nie jest mu potrzebny do szczęścia. I poszedł własną drogą. Straciłem na nim majątek, bo te pięć lat to było nie tylko utrzymywanie go, ale także podróże, ponieważ był na testach w Anglii, Niemczech, miesiąc przebywał u Petrescu.

Był nawet bliski podpisania kontraktu.

Podpisał kontrakt, tylko federacja go nie uprawniła. Nie miał skończonych 18 lat. U nas to jeszcze przechodziło, przepis już działał, ale jeszcze go tak nie respektowano. Natomiast tam tak. Pojechał dyrektor sportowy zarejestrować kontrakt, w federacji powiedzieli: „No way”. I nie uprawnili go.

Wtedy wrócił do Polski?

Tak, wrócił do Polski. Był w Wiśle Kraków. To znaczy wcześniej był w Wiśle Kraków, jeszcze za Petrescu. Petrescu chciał go wziąć, ale Cupiał podarł kontrakt, powiedział, że z czarnymi nie będzie żadnych negocjacji. A jak wyrzucili Petrescu z Wisły, wtedy wziął go ze sobą do Rumunii. Tam się nie udało. Potem Odra Opole, Flota Świnoujście, nieszczęsne Cottbus i teraz Arka Gdynia. Ma już dziewczynę, dziecko. Można było na nim zarobić, ale u nas jest dzika walka. Kiedy zaistniał, zaczął strzelać, został królem strzelców, wtedy zjawiają się tacy panowie jak Kołakowski i nagle roztaczają przed chłopakiem wielkie wizje. A on głupi wierzy. Przeważnie kończy się to tak, że menedżer parę złotych przytuli, chłopak nic, a ten, który go hodował przez pięć lat…

Kiedyś nasz adwokat, mecenas Stanek, jeden z członków-założycieli stowarzyszenia, otrzymał ode mnie teczkę tego chłopaka i powiedziałem mu: „Tu są wszystkie dokumenty, przejrzyj, które mogą być przydatne do sądu”. Wyliczył takich dokumentów do sądu na 68 tysięcy złotych. Takich kosztów ewidentnych, które się w sądzie kładzie i nie ma żadnej dyskusji. A to jest jedna piąta całych kosztów. Bo człowiek nie liczy tego, co mu dawał – jakiejś dniówki, tygodniówki.

Dach nad głową…

Tak, tego też się nie liczyło. Bo on mieszkał tutaj przy Forta Bema, tylko w innym budynku, takim hotelu. Gdyby chłopak oddawał mi to, co należy się wolnemu agentowi, czyli jakiś procent prowizji, to spokojnie byśmy te koszty pokryli. Byłyby pieniądze. Ale niestety, i to głośno powiem, nigdy żaden czarny, a ich była do Polski sprowadzona przeze mnie prawie setka, nie dał mi złotówki ani dolara, żebyśmy mieli jasność. Nigdy!

Daje Pan do zrozumienia, że ta pomoc była bezinteresowna.

Tak było i tak jest. Chyba w trzech, czterech, może pięciu przypadkach kluby, które wzięły czarnych chłopaków, zwróciły koszty ich przyjazdu do Polski. Czyli oddały za bilety, które im się dało, albo zwróciły, jak już udokumentowane były papiery, jakieś 500-800 dolarów, tego typu kwoty. Może pięć klubów zwróciło te inicjacyjne koszty. I to koniec. Wszyscy śmieją się, że: „O, Skorupski, ty to jesteś milioner, tylko wyglądasz na dziada”. Nie, ja już kończę tę zabawę, bo ja już po prostu nie mam pieniędzy. Poza tym żona powiedziała: „Musisz dokonać wyboru w tej sytuacji: albo czarni, albo rodzina”.

Pomaga Pan bezinteresownie, założył Pan stowarzyszenie, nic Pan z tego nie ma, więc z czego Pan żyje?

Mam swoje interesy.

Czyli nie poświęca Pan całego czasu na menedżerkę i stowarzyszenie?

Nie, mam swoją firmę. Teraz jedną. Ale w dobrych czasach miałem trzy, cztery firmy. Wtedy można było żyć. Ale szczerze mówiąc, moja żona ma słuszny żal do mnie, bo ja ze dwie firmy oddałem bez walki właśnie przez to, że pieniądze, które powinny iść na firmę, wrzucałem jak ten głupi w czarnych, licząc ciągle na złoty strzał. Że któryś tak wyskoczy… podpiszemy umowę, pojedzie w świat, 100 tysięcy euro, 200 tysięcy euro i z tego będzie tam ho, ho, ho albo i więcej. To mrzonki.

Troszkę Pan przekalkulował, mimo że dobrze ten rynek Pan poznał.

Rynek, jeśli chodzi o czarnych, znam doskonale. Już wiem, że w tym kraju to chleba z czarnoskórych nie będzie. Abstrahuję od tego, że sytuacja jest taka, jaka jest, kluby nie mają pieniędzy, w sporcie nie ma w ogóle pieniędzy, polityka względem sportu jest zupełnie do d… Pomysły, które rzuca pani Mucha, może trochę pomogą, jeżeli wejdą w życie. A to nie jest takie proste, bo poopowiadać każdy może. Natomiast przeprowadzenie tego, o czym ona mówi, wymaga dwóch lat pracy Sejmu. To nie jest takie hop. Ale generalnie nie mam najmniejszych wątpliwości, że czarnoskórzy nie będą mieli łatwego życia w Polsce, i nie sądzę, by zawojowali polską piłkę. Tak jak nie zawojowali Brazylijczycy, Ukraińcy, Rosjanie i Czesi. Niestety. Polska piłka będzie polską piłką. Przez to pewnie będzie zawsze słaba. Generalnie bieda jest główną przyczyną tego, że w sporcie jest tak, jak jest.

Trochę czarnych jednak biega po boiskach ekstraklasy.

No tak, ale przecież to nie bogowie piłki z zagranicy do nas przyjeżdżają pokazywać nam, jak się gra w piłkę, lecz średniacy, którzy są ciągle tak samo dobrzy albo może odrobinę lepsi od naszych. Ale na ile oni się rozwijają? Nie spotkałem się, żeby jakiś czołowy czarny zawodnik grający w ekstraklasie nagle pojechał na Zachód i tam kontynuował karierę i ją rozwijał. Oczywiście, są przypadki, że czarni pograli tutaj przez rok, wyrzucano ich z klubu, a potem trafiali do ligi hiszpańskiej czy francuskiej i tam grali z powodzeniem.

Kalu Uche się udało.

Kalu Uche z Wisły, tak, pojechał i grał w Primera Division.

Olisadebe też w Panathinaikosie pograł.

W Hiszpanii jest więcej chłopaków, którzy byli w Polsce. Przynajmniej trzech, czterech znam. We Francji też z trzech, czterech. W szwedzkiej lidze, może nie w ekstraklasie, ale w pierwszej lidze, gra wielu czarnoskórych, to samo w duńskiej. Tam grają czarni, którzy w Polsce mignęli gdzieś na rozgrzewkach.

Może my nie potrafimy ich odpowiednio ustawić?

Też. Oni nie mają tutaj klimatu na rozwój. Nie czują się dobrze w Polsce. Ale coś za coś, prawda? Często sami są sobie winni. Oni nie akceptują pewnych zachowań, które nas – białych – obligują. Mam na myśli taką podstawową uczciwość. Oni nie znają pewnych pojęć. Ich uczciwość pisana przez naszego Sienkiewicza, o Kalim, jest dalej aktualna. Zupełnie inny system wartości.

Oni uważają, że jak tu przyjeżdżają, to im się należy. A to nie jest prawda. Obawiam się, że troszkę przeginamy ze sprawą walki z rasizmem, okrzykami „biją czarnych” i tak dalej. Boję się, że jak dojdziemy do tego, że czarni zrozumieją, jaki posiadają w ręku oręż pod nazwą walka z rasizmem, to my się nie poznamy z własną d… My – biali.

Faktycznie, jeśli biały wyzwie czarnego, zaraz jest rasistą. W drugą stronę traktujemy to tak, że jak biały wyzwał białego, nie ma problemu, wszystko gra.

Ja to mam na co dzień. Przecież nie mogę nawet głosu podnieść. Wybłagałem prezesa, żeby nie wycofał wniosku o kartę pobytu dla Senegalczyka z Broni Radom, jeśli go zwalnia z klubu. Osobiście błagałem prezesa: „Chłopak poszedł, ale pomóż mu z tą kartą. Niech ma. Bez karty nie znajdziemy mu klubu”. Prezes się zgodził. A ten przez jakiegoś czarnego kolegę pozwał tego prezesa do sądu, że nie dostał 300 złotych. No i pan prezes powiedział: „Skorupski, wiesz co? Niech ten mój klub ty i twoi czarni omijają z daleka”. Oni sami sobie są winni i tutaj trudno oczekiwać, że zmieni się sytuacja, jak np. Ekwueme, który podpisywał jednocześnie po trzy, cztery kontrakty – dwa w Polsce, jeden na Cyprze, jeden jeszcze gdzieś tam w Grecji.

Skoro tyle Pan miał i dalej ma z tym problemów – jest to wyrzucanie pieniędzy w błoto – czemu Pan dalej się tego trzyma, a nie spróbował np. jakiegoś innego rynku?

Próbowałem innego rynku… Nie ma innego rynku. To znaczy jest rynek wschodni. Ukraińcy, Rosjanie, Białorusini. Ale ten rynek był dobry pięć, dziesięć lat temu. Kiedy oni tu przyjeżdżali i dla nich 100 dolarów było tak jak dzisiaj dla Murzyna. Majątek. Teraz warunki na Ukrainie, Białorusi, a już nie mówię o Rosji czy Azerbejdżanie, się zmieniły. Już w ogóle nie pasujemy żadną miarą. Miałem takiego chłopaka Dima Assina, białoruskiego bramkarza, którego chciałem gdzieś tutaj wsadzić. Bardzo dobry chłopak. Metr dziewięćdziesiąt wzrostu, bardzo sprawny, wygimnastykowany. Fantastyczny chłopak. Pograł w trzeciej lidze rok, zarabiał w miarę uczciwe pieniądze – 1500 złotych. Teraz chciałem go ściągnąć też do trzeciej ligi, ale pieniądze są już inne, wszystko idzie w dół, mogli mu dać 1200 złotych. On powiedział: „Panie Mirku, niech się pan nie gniewa, ale u mnie w pierwszej lidze na Białorusi mam dwa razy tyle”. Przy czym poziom pierwszej ligi białoruskiej, nie tej ekstra, lecz tej pierwszej, jest porównywalny z naszą trzecią. Ale pieniądze zupełnie inne. On mówi: „Ja bym chciał, ja lubię Polskę”. Zresztą to jest Polak, u nas się urodził, po polsku mówi tak jak my. Twierdzi: „Chciałbym grać w Polsce, ale ja mam żonę i dziecko”. Nie uchowa się.

W trzeciej lidze płaca jest minimalna, ale już w ekstraklasie piłkarze są często przepłacani.

To już jest w ogóle chore. Najlepszy przykład to Polonia Warszawa. To, co się działo za Wojciechowskiego, to jedna wielka malaria. A teraz zobaczcie. Młody trener, „Stoki”, wziął chłopaków, którzy chcą po prostu grać, bo oni tam nie mają żadnych pieniędzy. Grają na wynik, wtedy mają pieniądze, a właściwie grają dla siebie. I proszę bardzo. Pojechali do wielkiej Lechii, wbili jej trzy bramki. Podejrzewam, że to będzie jedna z lepszych drużyn ekstraklasy.

Do tego grali w całkiem niezłym stylu.

Młody trener, zawodnicy nie najgorsi, do tego jeszcze chcą, poukładani – o to chodzi.

Przed rozpoczęciem sezonu wielu obserwatorów i ekspertów mówiło o obniżeniu poziomu ekstraklasy, bo nie mieliśmy tym razem głośnych transferów, wręcz przeciwnie, a część polskich piłkarzy wyjechała do Azerbejdżanu. Tymczasem w pierwszej kolejce obejrzeliśmy kilka ciekawych spotkań, w których padło mnóstwo bramek.

Najlepszą piłkę i najlepsze wyniki osiągały kluby, w których permanentnie nie płacono, zawodnicy mieli tyły po trzy, cztery, niekiedy nawet sześć miesięcy. Choćby Śląsk Wrocław. Zaległości wobec każdego piłkarza były minimum trzymiesięczne. I nagle zdobył mistrzostwo Polski. Tak samo było w wielu innych klubach. Pomijam Widzew, ŁKS, tam wszyscy mieli tyły. Grali za darmo, a wygrywali mecze. Z kolei drużyny, które – wydawałoby się – miały wszystko poukładane, pieniążki na czas na konto itd. – ucho od śledzia. Cracovia, Polonia, Legia… Gdzie te kluby? Uważam, że w tej chwili małe pieniądze, a dobry mannschaft [niem. zespół – przyp. red.] i możma zdobyć mistrza. Nie pieniądze decydują. Ludzie i organizacja.

Sądzi Pan, że Wojciechowski ma szansę zjeść własne buty na zakończenie tego sezonu, że nie doczekał mistrza, a tu nagle ni z tego, ni z owego…?

To była szalona organizacja. Byłem blisko Polonii, rozmawiałem z ludźmi. Pan Wojciechowski zrobił trochę szumu w polskiej piłce, ale krótko mówiąc: potwierdził to, jak nie należy prowadzić klubu. Nic z tego nie było. Zawodnicy, którzy mogli się rozwijać i mieli prawo być dobrymi obiektami transferowymi, poszli za darmo albo w ogóle za grosze grają gdzieś indziej. Niestety, tak wygląda organizacja w polskim sporcie, nie tylko w piłce. To samo jest w koszykówce. Boksu nie ma. Pięcioboju nie ma. Gdzie się podziali polscy medaliści? Gdzie się podziały polskie szkoły boksu, ciężarów… Teraz jest Zieliński. Ale kiedyś wychodziło pięciu i pięciu zdobywało medale. Nie ma sportu w Polsce.

Chciałbym jeszcze poruszyć temat reprezentacji. Niedawno Zbigniew Boniek powiedział, że Cezary Kucharski powinien wpłynąć na Roberta Lewandowskiego, by ten zaczął grać w kadrze tak samo jak w klubie. Czy menedżerowie faktycznie powinni w takich sytuacjach reagować?

Głównym celem menedżerów i piłkarzy jest zarabianie pieniędzy. Za grę w reprezentacji Polski z przeciwnikiem typu Estonia kadrowicz pieniędzy nie zarobi. To jest jego patriotyczny obowiązek. Ale jeżeli w trakcie tego patriotycznego obowiązku złamie nogę, to jest kapota. Płaci grube miliony, jak sami się domyślacie. Życie jest wredne. Myślę, że Lewandowski nie przykłada się do meczów reprezentacji. Chociaż bardzo lubię i szanuję tego chłopaka. Nie przykłada się do gry w kadrze i na swój sposób trzeba to rozumieć. Bo jakby, nie daj Boże, złamał sobie w takim spotkaniu nogę – a trzeba przyznać, że Estończycy i Czesi grali bardzo ostro w meczach z nami – to sypie się kontrakt z Manchesterem na kilkadziesiąt milionów. To nie jest tak hop. Tak jak znam Czarka, on na pewno nie mówi Lewandowskiemu, żeby się nie przykładał. To są stare boiskowe wygi. Lewandowski, mimo że ma 23 lata, wie, o co chodzi w futbolu. Boi się dostać w takim pojedynku w kość, bo traci przyszłość, wszystko traci. Jakby go teraz złapała jakaś kontuzja, wali się kontrakt z Manchesterem czy Borussią nawet, bo nie gra. Nigdy nie będzie drugiej takiej szansy. Bo nigdy nie będzie drugiego takiego sezonu, jaki wywojował Lewandowski w ostatnich rozgrywkach 2011/2012, w których Borussia zrobiła mistrza, puchar, a „Lewy” był w ogóle najlepszym strzelcem. Takie coś się nie powtórzy. Gdyby teraz złapał jakąś kontuzję, to koniec. Po piłkarzu. Ja to rozumiem. Nie trzeba namawiać do tego ludzi, tylko po prostu na takie mecze jak z Estonią nie bierze się ani Lewandowskiego, ani Błaszczykowskiego. Tu się bierze Piecha, bierze się Jankowskiego. Oni wygrają spotkanie, bo muszą gryźć trawę, żeby zaistnieć w kadrze. A Lewandowski doskonale zdaje sobie sprawę, że jest najlepszym polskim napastnikiem, nikt mu nie podskoczy i nieważne, czy będzie w lepszej czy gorszej dyspozycji, on będzie grał.

Wybór Fornalika uważa Pan za słuszny? Po tych pierwszych powołaniach wielu ludzi zarzuca mu, że nie wstrząsnął kadrą, powołał tych samych i może być marionetką PZPN-u.

Powtórzę to, co mówi paru poważnych ludzi. Pan trener Fornalik jest doskonałym trenerem, powtarzam: TRE-NE-REM. Potrafi poprowadzić każdy zespół, potrafi z piachu ukręcić bicz piłkarski. Kadra natomiast potrzebuje selekcjonera, a nie trenera. I na selekcjonera pan Fornalik się nie nadaje. Ma za małe doświadczenie. Jest może dwóch, trzech Polaków, którzy by mogli spróbować.

Kogo ma Pan na myśli?

Myślę, że poradziłby sobie z tym Heniek Kasperczak. Do trenowania, prowadzenia treningów powinno mu się dołożyć jakiegoś młodego, utalentowanego szkoleniowca. Chyba ciągle można byłoby rozważać historie, jakie się zdarzają w paru kadrach, czyli duety trenerskie. I wtedy powiedzmy Engel z jakimś młodym szkoleniowcem.

Mówiło się o Piotrze Nowaku…

A ja bym poza wszystkim na selekcjonera wziął wcale nie trenera piłkarskiego. Mogą się ludzie śmiać, a ja uważam, że najlepszym selekcjonerem byłby dziennikarz sportowy. Jak Boga kocham. Gdy rozmawiam z dziennikarzami typu Godlewski, Borek, jestem przekonany, że każdy z nich byłby lepszym selekcjonerem reprezentacji Polski niż wszyscy trenerzy, którzy byli do tej pory. Oczywiście, taki dziennikarz może sobie wziąć trenera, bo nie zna tych wszystkich systemów. Są ludzie, którzy się lepiej na tym znają. Ale selekcjoner – sama nazwa wskazuje, kto to ma być. Nie trener. Selekcjoner. Tak że nie jestem zachwycony tym wyborem.

Kończy Pan z inwestowaniem w Afrykańczyków?

Tak, zdecydowanie.

Więc jak będzie wyglądać Pana związek z piłką w przyszłości?

Teraz współpracuję z zarządem powstałego ponownie po prawie dziewięciu latach bezczynności Sarmaty Warszawa. Reaktywowaliśmy ten znakomity stary klub. Zaczął w B-klasie. Teraz awansował do A-klasy. Rośnie w siłę. Będziemy tworzyć jakiś solidny klub, który może rok po roku iść w górę. Piłka ma to do siebie, że jak się jej już zakosztowało… jest jak choroba, niełatwo się wyleczyć tak szybko. Niestety, zaplątał się człowiek w tę grę i się tak szybko nie wyplącze. Na pewno będę zupełnie inaczej podchodził do spraw afrykańskich, do piłkarzy afrykańskich. Pomagają mi w tym skutecznie nasze służby dyplomatyczne, ponieważ mniej więcej od roku żaden czarnoskóry piłkarz nie dostał wizy w Afryce. Nie tylko zapraszany przeze mnie czy przez Sarmatę, mój klub, ale też przez inne kluby. Mam udokumentowanych mniej więcej 30 przypadków, że drużyny zapraszały czarnoskórych piłkarzy. Były przygotowane zezwolenia na pracę, występowano z legalnymi oficjalnymi zaproszeniami wystawianymi przez rządowe jednostki. Pan konsul w Afryce tnie równo…

Ale dlaczego?

Jego trzeba zapytać. Polski konsul w Nigerii, pan Jakub Budochowski, jest carem, władcą i jedyną władzą dyplomatyczną dla połowy Afryki. Jako konsul w Abudży obsługuje dziesięć krajów afrykańskich, wszystkie ościenne. Łącznie z potentatami piłkarskimi, jak: Kamerun, Wybrzeże Kości Słoniowej, Togo, Benin – cała Afryka środkowo-zachodnia jest obsługiwana przez jednego człowieka. I mimo że konsul dostanie wszystkie dokumenty, wizy nie da i nie ma żadnej siły, która go do tego zmusi. Można się odwołać. Ale odwołuje się do tego samego pana konsula, czyli do niego. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby którekolwiek odwołanie zostało rozpatrzone pozytywnie. Rozmawiałem z panem ministrem Sikorskim, pytałem się, czy nie można czegoś zrobić, a on mi powiedział, że nie. Że nawet gdyby on zadzwonił, prosząc o wydanie wizy, to mógłby usłyszeć: „Panie ministrze, pilnuj pan swojego nosa. Od wydawania wiz to jestem ja”. Konsul ma taki druczek i w jednym z punktów jest napisane, że aplikujący obcokrajowiec nie przekonał go o konieczności wydania wizy. Nie przekonał go i nie ma siły.

Parę rzeczy się zbiegło. Przede wszystkim trudne czasy. Ja już nie mam pieniędzy, żeby je wkładać w czarnych. Jeśli chodzi o stowarzyszenie, wszystko, co tu jest, zrobiłem za własne pieniądze.

Co dalej ze stowarzyszeniem?

Nie wiem. Jak wrócą panowie posłowie, dokonam jeszcze desperackiego ruchu. Będę chodził do każdego i będę błagał o jakieś pieniądze. Jeżeli nie dostanę tych pieniędzy, to zamykamy interes, trudno. Jestem w zarządzie stowarzyszenia, mam już długi wobec agencji mienia wojskowego, od której dzierżawimy ten budynek, choćby za prąd, za który mi czarni wywalili rachunki po 3 tysiące. Nie chcę płacić tego sam, bo kiedyś przyjdzie pewne rozliczenie… Trzeba to zwijać. Im szybciej, tym lepiej. A jeżeli ja to zwinę, to wiem, że nikt inny się tym nie zajmie, bo nikt inny nie ma takiej cierpliwości i doświadczenia.

W czasie istnienia stowarzyszenia udało się coś osiągnąć?

Parę rzeczy się udało. Zunifikowaliśmy trochę przepisy. Zalegalizowaliśmy pobyty kilkunastu chłopakom, dzięki czemu grają w Polsce albo wyjechali do siebie i grają u siebie. Ale w innym wypadku wylądowaliby pod mostem. Teraz mają nowe miejsce, Bakalarska. Tam się teraz czarnoskórzy zbierają. Mamy oczywiście inne sukcesy, typu edukacja piłkarska kibiców. Od pięciu lat co roku w okolicach środka lipca organizujemy mecze pod hasłem „Wykopmy rasizm ze stadionów”. W tym roku było to 20 lipca. Grają czarnoskórzy piłkarze. Przy okazji mamy zawsze patronat ministra sportu, a w tym roku patronem wydarzenia był pan przewodniczący Raś. Pan Premier Tusk bardzo dużo pomógł. Przychodzi dużo młodzieży, grają czarni chłopcy, rozdajemy mnóstwo ulotek edukacyjnych, informujących, jak należy się zachowywać, dlaczego czarni u nas grają, prośby wpływające na młodzież – pomyślcie, nie musicie ich kochać, ale dajcie im szansę. To są tacy sami ludzie jak my. Mają troszkę inny kolor skóry, byli gdzie indziej wychowani, mają troszkę inną mentalność, inne systemy wartości. Myślę, że to jest dobra robota, bo przychodzi dużo dzieciaków. Dzieci tych czarnych lubią. Zawodnicy rozdają autografy, na przykład nasz Olisadebe. Ta praca na pewno troszkę te dzieci ukierunkuje, bo generalnie jednak młodzież jest bardzo źle nastawiona do czarnoskórych. Jeżeli będziemy pracowali nad tym najmłodszym pokoleniem, które dopiero się interesuje piłką, dziewięcio-, czternastolatków, to wpoimy im zasady, żeby dali czarnym szansę, nie niszczyli ich, tylko troszkę im pomogli. Nie muszą ich kochać, ale niech dadzą szansę, pozwolą zaistnieć w tym kraju. To jest dobra robota. Bo to młodych chłopaków sympatyczniej nastawia do czarnych. A z kolei czarni się później odwdzięczają. Ci, którzy tutaj mieszkali [w siedzibie stowarzyszenia – przyp. red.], biorą chłopaków z okolicznych osiedli, idą sobie na boisko przy Obrońców Tobruku i z nimi grają, pokazują różne sztuczki. Tędy droga do pokazywania, że czarni to już nie są ci najgorsi – tak uczmy dzieci.

Jak tak Pana słucham, trudno mi uwierzyć, że Pan ich opuści.

Jak mam do wyboru żonę albo ich, to…

Jasne, ale słychać w Pana głosie sympatię, więc…

Przesiedziałem trochę w Afryce. Widziałem, co tam się dzieje. Widziałem, jak te dzieciaki tam dorastają. Widziałem, jak takie pięcio-, sześcioletnie szkraby muszą kraść i uciekać, żeby nie głodować. Jak ktoś na to popatrzy i widzi czarnego dzieciaka czteroletniego albo nawet młodszego, który z głodu się przewraca, to… zostaje. I tylko to tłumaczy mi moją cierpliwość wobec nich. Bo jak sobie przypomnę obrazy z Afryki, nie z jakiegoś buszu czy dziczy, ale z dużych miast, to serce się kroi. Nigdy się nie zajmowałem wielkimi piłkarzami, profesjonalistami. Moim celem zawsze było sprowadzanie dzieciaków, młodych. Dać im szansę, żeby zaistnieli, żeby mogli coś osiągnąć w życiu. Pamiętajcie, czarny, zarabiając tutaj 1000 złotych, wysyła 200 dolarów tam i jego rodzina za to żyje! Cała.

Niełatwo oczywiście tak w dwóch słowach powiedzieć, bo przez te kilkanaście lat Afrykę poznałem dość dobrze. Jest to dramat tych ludzi. Ja ich rozumiem trochę inaczej, niż ci młodzi tutaj patrzą: „O, czarny przyszedł, brudny, to, tamto”. Trzeba na to patrzeć inaczej. Ja to widziałem i ciągle, nawet jak mi coś ukradną, przymykam na to oko, bo myślę sobie: „Ma to we krwi, jakby nie kradł, to już by nie żył”. Stąd mam tutaj braki w różnych fantach, ale niech tak będzie.

To skomplikowany temat, ale boję się, że jak ja to zostawię, zrobi się pełny dramat dla tych chłopaków. Nie będą mieli zupełnie do kogo się zgłosić, bo nie ma nikogo. W żadnej instytucji. PZPN – nie ma nikogo, kto by się zajmował czarnoskórymi. Ministerstwo Sportu – nie ma żadnej funkcji, która byłaby odpowiedzialna za tego typu sprawy. Pełnomocnik ds. równego traktowania – nie ma nikogo. Nich mi ktoś wskaże jakąkolwiek instytucję, która się zajmuje tymi sprawami. Oczywiście poza strażą graniczną [śmiech], która w pewien sposób zajmuje się kwestią czarnoskórych w Polsce.

Jeszcze zrobię jakiś rzut na taśmę jesienią. Spróbuję coś wywojować. Ale jeżeli nie będzie wsparcia od instytucji rządowych czy pozarządowych, wyprowadzamy to, odcinam się i koniec. Szkoda. Szkoda, bo gdybyśmy mieli jakieś wsparcie, to można byłoby sprowadzić tutaj paru chłopców, którzy –odpowiednio prowadzeni – mogliby w tym kraju zwojować coś i potem godnie reprezentować instytucje, które się nimi zajęły gdzieś hen daleko. Bo są na to kwity, na to są papiery. Oni umieją.

Krzysztof Marczyk

Close Menu